Publicon

Blog

Przeczytaj, pokochaj, podróżuj - jak miasta i regiony robią sobie PR na kartach książek

Czytać podróżując, czytać o podróżach, szukać inspiracji na kartach książek, zainspirować się miejscem, a później znaleźć o nim tekst - każda z tych opcji jest dobra i mieści się w moim pojęciu czasu idealnie spędzonego. Z racji wykonywanego zawodu pojawia się jeszcze jeden element, na który może nie każdy zwraca uwagę: otóż miasta i regiony potrafią na kartach książek robić sobie naprawdę dobry PR.

Co autor miał na myśli?

Ręką autora to wszystko się odbywa, rzecz jasna - to on (lub ona) dobiera słowa i układa zdania tak, by otworzyć przed czytelnikiem możliwość przeniesienia się do zupełnie nowej,  stworzonej dzięki narracji, rzeczywistości. Pytanie o świadomość kreowania wizerunku miasta czy regionu we własnej twórczości można odnieść zarówno do czasu, w jakim książka powstała, jak i do jej charakteru. Czym innym będą portrety praskich realiów w wydanej w roku 2006 „Gottland” (będącej przecież zbiorem reportaży, a więc literaturą faktu), a czym innym sugestywne, budzące tęsknotę za sennym południem Stanów opisy szerokich ulic Savannah czy Atlanty w „Przeminęło z wiatrem”, wydanym w roku 1936. Margaret Mitchell, czyniąc z miast, plantacji, domów i dróg pełnoprawnych bohaterów swojej powieści, nakreśliła wizerunek amerykańskiego Południa, jakie sama zapamiętała z dzieciństwa w Atlancie na przełomie wieków. Tak po prostu. Dla wielu z nas tu i teraz jest  to jednak jedyny znany portret tego rejonu, pożądany i wypatrywany, kojarzony w lot i trwale zapisany jako swego rodzaju kod kulturowy. Mój mąż, który niekoniecznie przeczytał powieść trzy razy, a jej ekranizację obejrzał bodaj sześć (jak mi się zdarzyło), podczas spaceru po Savannah powiedział: Wiesz, gdybym to ja pisał „Przeminęło z wiatrem”, umieścił bym akcję właśnie tu. Brukowane aleje ocienione Spanish Moss trudno wyobrazić sobie gdzie indziej, a Scarlett O’Hara nigdzie nie prezentowałaby się równie wdzięcznie, jak na obszernych werandach imponujących posiadłości. I tak nieco senne amerykańskie południe, na kartach powieści pełne eleganckich gentlemanów, pięknych dam o brzoskwiniowej cerze i ponczu sączonego popołudniami na plantacjach, zawsze będzie kojarzone z nostalgią.

Wracając do „Gottland” - tu odczytywanie kodów dotyczących kraju i miast odbywa się zupełnie inaczej. Mariusz Szczygieł opowiada o miejscach, ludziach i wydarzeniach wprost, mistrzowsko prowadzi reporterską narrację, ukazując czytelnikowi to, co najbardziej czeskie w Czechach. Czy publikując zbiór reportaży po prostu wiernie oddaje się charakter miejsc, czy może kreuje ich klimat zupełnie na nowo? Dla mnie „Gottland” to książka na wskroś smutna, ale wcale nie zniechęcająca do przyjrzenia się bliżej krajowi, który jest tak blisko, a na który spoglądamy w zapewne w głównej mierze przez pryzmat tego, co jest najlepszym towarem eksportowym - piwa i komedii. Czechy po lekturze „Gottland” jawią się zupełnie inaczej, ale mnie a głębia przekonuje w całości. W Pradze idę wydeptaną przez turystów ścieżką, dlaczego nie. Ale szukam też miejsca, gdzie stał pomnik stworzony przez Otakara Sveca, czy ulicy, przy której mieszkała Lida Baarova. Odkrywam inny wizerunek miasta znanego niby wcześniej całkiem dobrze.

Nie musi być pięknie

To nie tak, że miasto - czy region lub i cały kraj - robi sobie dobry PR na kartach książek, bo jest piękne. Przyjazne, czyste i otwarte. Nie musi być doskonale, by było ciekawie. Przeczytałam co najmniej dwie rzeczy, które wykreowały w mojej wyobraźni obraz tak sugestywny, że myśl „chcę tam być, chcę to zobaczyć” nie opuszczała mnie od pierwszej do ostatniej strony książki. „Ameksyka” Eda Vulliamy’ego jest jednym z najbardziej mrocznych i brutalnych zapisów rzeczywistości, jakie czytałam. A mimo to, gdybym miała spakować plecak i ruszyć na meksykańsko-amerykańskie pogranicze, by całą jego specyfikę zobaczyć na własne oczy, nie wahałabym się długo. Autor nie lukruje wizerunku jednego z najniebezpieczniejszych rejonów na świecie, trudno też doszukać się takiego wydźwięku, by swoją relacją chciał czytelnika wyjątkowo zachęcić do odwiedzenia tego zakątka świata. A jednak to robi, zamierzenie lub nie, i z miejsca, które cieszy się wybitnie złą sławą, w pewien sposób czyni „must see” dla każdego, kto ceni sobie poznawanie obcych kultur.

W Libercu też nie jest specjalnie pięknie, nieprawdaż. A pierwszym, co zrobiliśmy po lekturze „Grandhotel. Powieść nad chmurami”, była rezerwacja pobytu w Grandhotel właśnie. Miejsc na ciekawie spędzony weekend znalazłoby się zapewne tyle, ile haseł w TripAdvisor, ale Jaroslav Rudis portret niewielkiego czeskiego miasta nakreślił wyjątkowo uroczo. Choć znów (to typowe dla czeskich perypetii?) smutno i nostalgicznie. W „Grandhotel....” jest jednak tyle magii, że miejsce, w którym akcja powieści się toczy, zwyczajnie intryguje i urzeka. Niedosłownie opowiedziane dosłowne, proste i prawdziwe historie - dzięki nim autor zrobił świetny PR miasteczku, które - jak sam określa - wiecznie tonie w deszczu i we mgle.

Wyszukaj połączenie

Nostalgicznie jest też w „Muzeum Niewinności” Orhana Pamuka. Swoją drogą, to ciekawe, czy to właśnie taki klimat w książce sprawia, że jej lektura inspiruje do odwiedzenia pewnych miejsc? Opisany przez noblistę Stambuł przełomu lat 70 i 80 kusi do odwiedzenia go i teraz, trzydzieści lat później. To, co uległo przemianom i co już nieaktualne, będzie można uchwycić dzięki....Muzeum Niewinności, które z inicjatywy Pamuka rzeczywiście w Stambule powstało. Ale opcja „wyszukaj połączenie” w wyszukiwarce lotów kusi nie tylko wówczas, gdy na kartkach papieru zapisane jest piękna historia miłosna, nierozerwalnie związana z pewnym miastem. Z przyjemnością przejdę się kiedyś śladami Fusun i Kemala po deptakach nad Bosforem, ale tak samo chętnie raz jeszcze odwiedzę Oslo. I zwiedzę je z detektywem Harrym Hole, którego perypetiami rządzi Jo Nesbo. Norweska stolica z ich perspektywy jest odmienna niż ta znana z turystycznych przewodników. Za detektywem Hole chętnie wybiorę się też do Hong Kongu czy Bangkoku, bo bywał i tam. Za każdym razem mistrzowsko kreśląc portret miejsca, w którym przebywa, inaczej, niż było znane dotychczas.